Media dla rozwoju czyli Peru okiem młodych dziennikarzy

Co dalej?

Mam 3 minuty, zanim pan od lotniskowej kawy odetnie mi internet. Już w Europie. Póki co Amsterdam – Schiphol to tymczasowy adres całej naszej dziesiątki. Wróć – już tylko siódemki, bo dziewczyny jakąś godzinę temu wsiadły do samolotu do Berlina i dalej do Pragi. My mamy jeszcze 2 godziny. Jacob zostanie tu aż do jutra. Śmieszne takie lotnisko – właściwie jest tu wszystko co potrzebne do życia. Łazienka, prysznic, bar, dla co bardziej wymagających restauracja, sklep z tym i tamtym, salon masażu, punkt pierwszej pomocy. Nawet muzeum dla spragnionych kultury się znajdzie. Kilka godzin i człowiek zaczyna rozumieć  Toma Hanksa :) Ale nie o tym miało być.

- – -

Ano właśnie, Internet też jest, ale akurat ten za 6 euro właśnie padł, kończę więc już z Polski, konkretnie z Warszawy. Wawer, deszcz pada, zimno. 2.35. Trochę późno i dobrze byłoby pójść spać ale co zrobić jak oczy nie chcą. Dziewczyny jeszcze w drodze do Krakowa.

Tak sobie siedzę i myślę. Pierwszy wpis na tym blogu też pojawił się koło 2.00. Sporo się potem wydarzyło. Dzięki Bogu wróciliśmy cali, zdrowi w komplecie. Nie licząc kamery Terezy i kawałków serca pogubionych w różnych częściach Peru. Za kamerę odda PZU, serca nikt nie ubezpieczył więc pewnie trzeba będzie po nie kiedyś wrócić, bo jak to tak żyć bez kawałka.

Na podsumowania jeszcze będzie czas, póki co myślę sobie,  że to były naprawdę dobre 3 tygodnie.

I co dalej?

Chyba nawet nie mam jakoś siły nic pisać. Przeprowadzka z Limy do Majes, była wielką zmianą do której z Karoliną ciężko jest się nam przyzwyczaić. Tam jest bardzo sucho i malutko ludzi, bez dźwięków samochodów i szumu ulicy. I tez bez dzieciaków wrzeszczących od 7.00, których nam chyba najbardziej teraz brakuje.
Rano wybrałam się na spacer na boso po piasku, bardzo przyjemnie było. Znalazłam plantację kaktusów, spływ jakichś ścieków i piękny widok gór. Robiłam sobie zdjęcia. To jest raj dla fotografów, w tej pustce każdy szczegół ma wartość i wyraźnie odróżnia się na tle brązowego piasku.
Byliśmy na pustyni z księdzem, oczywiście musieliśmy złapać gumę, ale szybko nam pomogli miejscowi mechanicy. To chyba było szczęście bo byliśmy na środku niczego. A miasto Majes powstaje i rozrasta się na tych pustyniach, ludzie wyznaczają sobie sami działki kamieniami. Dostają je od tak, nie muszą nikogo prosić, ani płacić. Czekają tylko cierpliwie, aż ktoś zadecyduje, żeby właśnie w miejscu, w którym oni ułożyli sobie kilkunastometrowy kwadrat z kamyczków, ktoś wybudował kanał wodny.
Po naszej przygodnej wycieczce, pojechaliśmy na obiad i z braku laku zjadłam rybę, taką dużą.
Andy są niepowtarzalne, jeszcze piękniejsze jak widzi się je z bliska. A ich kolor, to raczej kolor kakao. Są ogromne, ale te między którymi wiodła nasza drogą były bardzo delikatne i gładkie.
Teraz dojechaliśmy do Arequipy, o 3.00 wyruszamy do kanionu colca. Plany ciągle się zmieniają, ale prawdopodobnie później wylądujemy nad jeziorem Titicaca. Już się pogubiłam. Cieszę się, że zapowiada się intensywnie.

Wszystko ma swój urok, ale chyba żaden krajobraz nie jest w stanie zastąpić obecności drugiego człowieka.

szok

Nawet nie wiem jak zacząć. Bardzo dziwnie się czuję. Z Limy do Majes? Jak z księżyca na słońce.
Wczorajszy dzień był już bardzo mało pracowity, raczej towarzyski. Jednak nie pojechałam do Elvisa. Jego rodzina- babcia, wyjechała, a tata nie za bardzo chciał, żebym filmowała dom. To nic. Postanowiliśmy jechać na plażę, bo chciałam zrobić jeszcze kilka ujęć. Później zabrałam go do domu salezjańskiego. Zjedliśmy razem obiad i poszliśmy do music roomu. Elvis czuł się chyba jak w raju. Grał na gitarze i gadał z resztą. Później okupował z Jakobem billboard, a my z Kołem gadałyśmy z chłopaczkami. Jakoś tak się wczoraj snułam po tym domu. A i zakupiłam samponię(te piszczałki peruwiańskie), chciałabym się nauczyć grać, ale póki co idzie mi bardzo marnie. Moim nauczycielem przez niecałą godzinę był Elvis, nagrałam jak gra i próbuję to naśladować z moją książeczką instruktarzową Zastanawiam się jak długo tutaj ze mną wytrzymają, bo nie gram tylko piszczę.
Około 18.00 odprowadziłam go na autobus.
Dziwna była ta perspektywa wyjazdu i chyba strach przed odpoczynkiem. Zdecydowanie lepiej wychodzi mi życie w biegu.
Chłopcy pożegnali nas bardzo ciepło, nie mogliśmy aż wyjść z domu.
W autobusie reżim jak na poligonie. Przed wejściem, zbieranie odcisków palców, nagrywanie twarzy kamerą. Strasznie się wkurzyłam jak pani nie pozwoliła mi wyjść do toalety w trakcie posiłku!! Strasznie chciało mi się, a musiałam najpierw zjeść i WYPIĆ!! Noc przespałam spokojnie, a o 7.00 obudził mnie skrzeczący pingwin w bajce. I śniadanie podczas którego musisz mieć złożone na baczność krzesło i musisz to śniadanie zjeść. Nawet jak śpisz.
Lekka masakra, najbardziej ucierpiała Karolina. Ja bym się jej tak nie narażała jak ta pani dzisiaj.
Teraz kilka słów o krajobrazie. Siedziałyśmy na drugim piętrze busa, tuż przed szybą. I z prawej strony była przepaść i ocean, a z drugiej ogromna skała. Magicznie, magicznie. I słońce świeciło jak oszalałe. Po tych dwóch tygodniach szarej Limy, jest to zjawisko fascynujące. Jednym słowem –pięknie. Poza tym było mi trochę niedobrze;)
Gdy już się zbliżaliśmy to Koło powiedziała –„Jak to, przecież nic tu nie ma”. I tak tez jest. Nic tu nie ma. Jest cicho i spokojnie.
Na przystanku czekał na nas Grzesiu. Zapakował nas do swojej fury, która prawie nie ma hamulców i jest generalnie w kiepskim stanie Ale klimat był!! Okazało się, że w Majes nie ma źródła wody, tylko kanał. I jakby ten kanał się zepsuł to miasto w którym mieszka 99 tysięcy osób wyschłoby na śmierć.
Przyjechaliśmy, pięknie. Jak na wsi, tylko takiej pustynnej Zostaliśmy przywitani pysznym śniadaniem, później poszliśmy zwiedzać placówkę. Tutaj jest szkoła rolnicza Śmiesznie!! Jest hodowla świnek morskich, zwykłych świnek, kogutów (pan kucharz bierze czynne udziały w walkach kogutów, ochyda) i jest bardzo uroczo. Mimo wszystko ciężko się przestawić z klimatu Limy, który tez mi odpowiadał i czułam się w nim świetnie.

Lekko z boku

Znowu sie pakujemy. No dobrze, ja znowu.

Siedze sobie tu te kilka dni i patrze z boku na te nasza medialna ekipe. Jak pracuja, kreca, nagrywaja i z kazdym dniem wsiakaja coraz bardziej. Paulina biega. Trase miedzy Brena a Chrillos zna juz chyba na pamiec. Ciagnie ja do dzieciakow. Kazdego wieczoru przyjezdza z nowymi historiami, coraz bardziej blyszcza jej oczy. Ma serce na dloni i chetnie ja wyciaga. Mam nadzieje, ze nie zabraknie jej sily, bo dzieciaki nie zawsze glaszcza, potrafia tez ostro dac po lapach.

Karolina zakotwiczyla w Breni, ciezko ja wyciagnac nawet na krok. Ma swietny kontakt z chlopakami, ale tez bardzo o to dba. Daje czas, tak zwyczajnie. Siatkowka, bilard, kolacja, piekarnia - jest wszedzie gdzie oni i powoli przesiaka domem i historiami jego mieszkancow. A one potrafia wniknac gleboko.

Materialy praktycznie skonczone, zostaly jakies drobiazgi do dogrania. Pewno beda dobra. Pewno ktos pochwali, a ktos inny skrytykuje. Jak zawsze. Ale ja jestem z Nich bardzo dumna.

Córka młynarza

Jak minął dzisiejszy dzień? Tak jak każdy inny – inaczej niż cała reszta.
Noc była niespokojna, bardzo późno poszłyśmy spać. A Jakoba i Kolo zerwałam z łóżka o 8.00 rano, żeby pojechali ze mną do Chorillos. Nie było to łatwe zadanie, ale zostało wykonane
Niestety z chłopakami nie mogliśmy nic zrobić prócz zadań domowych, pogrania chwilę w piłkę i zjedzenia obiadu. Wstali dwie godziny później niż powinni!!I to troszkę chyba zawaliła Rosita, bo ich nie obudziła. Wpadliśmy na 10.00, w sam raz na śniadanie. Do 13.00 kręciliśmy się po domu. Na Plaza Grau rozdzieliliśmy się, Karo pojechała do domu się przespać, a ja z Jakobem poszliśmy po piłki dla chłopaków. Udało się kupić po ciężkim targowaniu dwie w dość niskiej cenie. AA i wszystkie dzieciaki mówią na niego Jajkob, a na Kasię Kaczka. Śmiesznie jest.
Około 16.0 z Kasią pojechałyśmy do Anety. Jest teraz w ciąży, niedawno się przeprowadziła i strasznie fajnie się z nią gadało. Zrobiłam z nią wywiad, który mnie nieco zaskoczył i ucieszył, bo był zupełnym przeciwieństwem do tego co mówili inni educadorzy. Po ponad dwóch godzinach wróciłyśmy z Kasią do domu, jadąc z dziwnym panem taksówką. Nie był sympatyczny, ale zawiózł nas pod dom
Po powrocie do domu wreszcie zabrałam się za sortowanie moich jakże profesjonalnych i interesujących materiałów hehe, ani to jedno ani drugie. Ale udało się. Następnie zjadłyśmy kolację z chłopakami i wyskoczyłyśmy się spotkać z Danielem i Dominiką, którzy pracują w Chorillos. Było śmiesznie bardzo, najpierw usiedliśmy w takim barze w ogródku, ale był niemiły pan kelner i zmieniliśmy lokal po jednym piwie!! Ale co tutaj było najważniejsze!! Odkryłam , że istnieją szklane butelki na piwo 1,1 litra!! Czad!!
Przenieśliśmy się do klimatycznej knajpki wytapetowanej butelkami win na ścianach i Daniel zamówił sobie kanapkę, do tego dostał chili. Mądra ja zjadłam kawałek. Olaboga!! Przez 10 minut przeskakiwałam z nogi na nogę, myśląc, że chociaż trochę pomoże mi to w bólu jaki przeszywał mój język!! Ła, ale to bolało. Kufel piwa dizzapeardnął w minucie.
Karolina została w domu z chłopakami, i dobrze bo są świetni i są wszyyyscy jej Hehe, żartuję. To nasza ostatnia noc tutaj więc watro było spędzić z nimi trochę czasu.
Ja po powrocie aktywnie nadrabiałam. Razem robiliśmy bułki w piekarni do 3.00. Śmiesznymi przerywnikami było pisanie cyferek z Haimem lub Aimem – nie wiem jak się pisze i zamienianie je w zwierzątka. To wszystko na stole gdzie była kupa mąki, i właśnie w niej grzebaliśmy rowki, rysując koty, łabędzie, domki, choinki itp. Karo wyglądała jak córka młynarza i było bardzo fajnie. Udokumentowałam to!! I ona mnie też!! Musiałam trochę wcześniej uciec bo mnie niemoc ogarnęła.
Teraz idę spać, bo jutro z rana do Elvisa.

Na marginesie

Dystans emocjonalny lub jego brak nie decyduje o tym czy robotę wykonuje się dobrze czy źle. Każdy sam musi sobie wyznaczyć taką granice. Dacie radę… Robicie wszystko tak jak trzeba.

1. W Chorillos. Wszędzie trzeba za nimi łazić, aż się same nie nauczą. :)

2. Daniel Alcalde daje dziewczynom szybki kurs operatorów kamer i kilka przydatnych rad.

3. Karo i Paula w Limie

4. Przyda się kilka przebitek znad oceanu

5. Jeszcze w Chorillos

6. Szybki kurs i parę rad od naszego meksykańskiego przyjaciela

7. Karo odkryła jak ustawiać balans bieli… Pogratulowała sobie zaskoczona tym odkryciem :)

8. … A Paulina wprowadza porady Danny’ego w życie

Na razie wystarczy…

La Vida

Nie pisze z kilku względów. Po pierwsze – nie mam czasu. Staram się go poświęcać na chłonięcie tutejszej rzeczywistości całymi haustami. Po drugie – nie mam za bardzo ochoty. Co ja mam tutaj napisać?  Większość spraw, które tu przeżywam bardzo silnie opiera się na historiach innych. Historiach niejednokrotnie przykrych, intymnych, pełnych emocji. Skupiam się na tym, żeby w jakiś sposób pokazać to na filmie. W materiałach. Czuję na sobie ten ciężar. Ciężar etyczny. Co pokazać? Co wyciąć? Za swój wielki sukces uważam każdą sytuację, kiedy udaje mi się sprawić, żeby mój rozmówca zapomniał o kamerze. Jednocześnie może lepiej, żeby o niej cały czas pamiętał i był świadomy tego, że tworzymy wspólnie ten materiał, żeby go później wyemitować.

Bardzo sobie cenię rosnące zaufanie, jakim mnie darzą. To duża odpowiedzialność. Chciałabym móc z czystym sumieniem pokazać im gotowy film za kilka miesięcy. Chciałabym mieć świadomość, że żaden z nich nie poczuje się urażony tym, co pokażę. Wreszcie – chciałabym, żeby mogli być dumni z tego, że są bohaterami mojego filmu.

Chłopcy tutaj mają niesamowicie silną wolę. Wielu z nich odznacza się dużą skłonnością do autorefleksji, co niezaprzeczalnie ułatwia mi pracę. Dużo rozmawiamy też poza kadrem. Chociaż co raz częściej, kiedy pojawiam się gdzieś bez kamery, namawiają mnie żebym ją przyniosła i kontynuowała filmowanie.  Zaczynam ich rozpoznawać, zapamiętuję już imiona. To może wydać się banalne, ale mamy tu 70 chłopców. Bardzo mobilnych chłopców, w podobnym wieku, a imiona niejednokrotnie się powtarzają. Większość z nich moje imię już dawno zapamiętała. Krzyczą za mną, witają się, pytają jak się czuję. Interesuje ich, co robię w Polsce. Chcą, żebym uczyła ich angielskiego. Niektórzy z nich podejmują nawet próby nauki polskiego. Są najlepszymi nauczycielami hiszpańskiego, jakich kiedykolwiek miałam.

Opowiadają mi o swoich marzeniach. Przeszłości. Teraźniejszości. Przyszłości. Domu, nauce, rodzinie, kolegach, zabawach, dziewczynach. Chwytają za rękę i z niedowierzeniem patrzą w niebieskie oczy.

Coraz częściej pytają mnie czy wrócę. A mnie łamie się serce.

Jeśli dystans do wykonywanej pracy jest synonimem profesjonalizmu – to mój wziął w łeb.

Moc wrażeń

Im dłużej tu jestem tym więcej znajduję aspektów  których się odnajduję. Tym razem dwa dni w jednym, bo tak trochę pracowicie było i nie miałam czasu, żeby coś napisać.

Przegapiłam dzisiaj wyjście z Juanem, trochę szkoda, bo to chyba ostatni raz. Jutro idziemy wieczorem odrobinę się rozerwać, a w sobotę wyjeżdżamy do Arequipy.

Wczorajszy dzień był tak samo piękny jak dzisiejszy. Rano odwiedziła mnie Pilar  i zrobiłam z nią bardzo fajny wywiad. Żadna w tym moja zasługa, ona po prostu kocha to co robi i pięknie o tym mówi.

Po jej wizycie z Kasią wyskoczyłyśmy do miasta, żeby pokupować jakieś pamiątki!!  Wcześniej jeszcze siedziałam z chłopakami, czekając na Kasię i dostałam obiadJ Obdzieliłam nim wszystkich chłopców ze stołu, bo wiedziałam, że z Kasia coś wsuniemy na mieście. Oni są śmieszni, chcieli żebym robiła im zdjęcia.

W mieście zrobiłam zakupy za 120 złotych!! I kupiłam tyle rzeczy, że szok!! To jest niemożliwe, ale nie będę pisać, co kupowałam, bo wszystko to były pamiątki i nie chcę psuć niespodzianki;)

Chodziłyśmy ponad dwie godziny. Gdy zgłodniałyśmy, zatrzymałyśmy się w takiej fajnej knajpce. Super było!! Pyszne jedzenie, obiad z czterech dań za 6,5 zlJ Czad!! Oj, cos czuję, że przytyję tutaj trochę, same niespodzianki.

Niedługo później dołączył do nas Jakob i Karolka, ja już musiałam uciekać, bo miałam być w Chorillos o 18.00. Oczywiście dotarłam na 18.00J Ale co jest najśmieszniejsze to taksówkarze, bardzo lubią opowiadać historie swojego życia, jeden wczoraj chciał mój adres, żeby mi wysłać kolczyki i naszyjniki. Był dość stary, nie dałam mu oczywiście. Dzięki tym podróżom do Chorillos mam godzinę więcej hiszpańskiego!! Czyż to nie jest piękne;)?

Jak dotarłam, zastałam ogromny rozgardiasz!! Ale właśnie za to uwielbiam tych chłopców, są wszędzie. Zjadłam z nimi kolację i nagrywałam Elvisa, który grał na gitarze i śpiewał. Podobało mi się. Fajnie, że okazało się, że Elvis to nie smutny chłopak. Wczoraj pokazał Różki, nie słuchał się wcale i generalnie żyje jak normalny chłopak. Wprosiłam się w sobotę do jego domu, co więcej idę z nim spotkać się z jego znajomymiJ Śmiesznie będzie. AA i mam zamiar oczywiście nagrywać.

Teoretycznie powinni iść spać o 22.00. O 23.00 Dominika straciła cierpliwość i zaczęła krzyczeć, ja zaczęłam zasypiać na krześle.  Po 24.00 wrócił Daniel, już przestali krzyczeć, ale zapomniałam o najważniejszym!! Przyszła do nich pani, która uczy ich robić czekoladki!! I tylko Kevin, brat Elvisa je robił… Dzisiaj miał je sprzedawać w szkole.  Jest przedajny ale boi się kamery, więc nie nagrałam go wcale…

Jak Daniel przyszedł ja zasnęłam na kanapie, Dominika mnie obudziła i zaprowadziła do pokoju gdzie spał brat Elvisa i trzech innych chłopców. W nocy trochę gadali przez sen, krzyczeli, ale spałam bardzo dobrze i mi było ciepło.

Rano obudził mnie sms trzy minuty przed 7.00, wstałam i zaczęłam kręcić jak chłopcy wstają!! To było bardzo śmieszne. Ciężko ich zwlec z łóżka. A Elvis, wstał chyba tylko dlatego, że stałam nad jego łóżkiem z kamerą i powiedziałam, ze dopóki nie wyjdzie nie pójdę sobie. Zjedliśmy śniadanie i wyjechaliśmy z Elvisem do jego szkoły muzycznej. Gadaliśmy przez całą drogę, ponad godzinę. Jest bardzo dobra osobą, czasami go nie rozumiem, ale stara się wtedy pokazywać rękami.

Spóźniliśmy się oczywiście.  Pan już czekał!! To jeden z najlepszych graczy na gitarze w Peru!! Nagrałam całą jego lekcję i zrobiłam krótki wywiad z nauczycielem. To był mój mały sukces. Jak wyszliśmy Elvis by szczęśliwy, wsadził mnie w taksówkę i wróciłam do domu. Ma talent i już.  Siedziałam chwilkę w domu, a później poszłam na obiad do Chińskiej restauracjiJ Strasznie dużo jedzenia za 5 złotychJ Zjadłam też ćwiartkę papai !! Pycha!!

Spotkałam Ericka na rogu Aricki, zabrał mnie na jakiś targ gdzie była Cantina i tam siedziało wielu chłopaków, którzy pracują na ulicy. Jedli obiad. Dalej patrzyli na mnie jak na obcego. To nic.

Po obiedzie poszliśmy zanieść zupę jednemu chłopakowi, który został złapany na ulicy przez policje. Pan policjant zaniósł mu zupę i wyruszyliśmy do mieszkania Ericka. Hehe, Erick pomógł mi złapac dobry kontakt z chłopakami, zrobiłam z nimi wywiady, nagrałam trochę jak spiewali. To jest niesamowite, że oni sami nauczyli się grac na Sampowi, charrongo, gitarze!! NA ulicy!!! Grają cudownie, nie mogłam się nasłuchać. Erick strasznie się bał, że ich nagrywam jak robiłam zdjęcia, trochę mnie to wkurzyło, przecież powiedziałam, że nie będę tego robić. Za to Erick ma świetną żonę, Kanadyjkę o ile się nie mylę.

Wróciłam do domu i spotkała mnie niespodzianka!! Karolina poszła po swoich znajomych , jednego z nich nawet ja znam!! Mają zamiar zostać rok w Iquitos. Nie ma to jak się spotkać ze znajomymi na drugim końcu świata. Posiedzieliśmy trochę razem i uciekałam spotkać się z Luz. Nie mogłam się doczekać!! To jest cudowna osoba.  Pracowała na ulicy przez 18 lat. Pracowała w domu Jacka przez pięć lat, więc mogę powiedzieć, że jest jedną z najważniejszych osób z którymi rozmawiałam. Najfajniejsze w niej jest to, że strasznie przypomina mi panią Sokólską, moja nauczycielkę hiszpańskiego z liceum. Uwielbiałam ją. I Luz za to co robi powinna dostać order złotego człowieka.  Zrobiłam z nią super długi wywiad i nie musiałam jej ciągnąć za język. A dzieciaki z domu są dla niej bardzo ważne. Powiedziała mi bardzo dużo o Elvisie. I kolejny raz się nie zawiodłam.

Jak wróciłam do domu, okazało się, że wszyscy się martwili o to, że  poszłam sama w niebezpieczne miejsce. Ja byłam z nią. Nie chciałam tego, nie miałam kiedy indziej się z nią zobaczyć, niestety.

No cóż, póki co nie spotkało mnie tutaj nic złego i czuję się spokojna. Tylko wkurzają mnie czasami krzyki z ulicy gringa!gringa!! rubia!!, ale dzisiaj dowiedziałam się od chłopaka z ulicy, że to nie jest obelgaJ Fajnie było z nimi, z Luz tym bardziej. Z Elvisem rano też. Jest cudnie, ale brakuję mi jednej bardzo ważnej części mnie, z tym niczego nie zrobię.

Bardzo tęsknię.

W połowie drogi

Po malej wymianie jestem w Arequipie. Inny świat.

***

Emi i Agata mają praktycznie skończone nagrania i to nie do jednej produkcji a do kilku. Zostało dosłownie kilka dodatkowych rzeczy. Z tego co mi powiedziały i co zobaczyłem będą to ciekawe historie. Trzeba tylko teraz przesiać ten materiał, ogarnąć wszystko i zabrać się za jakieś scenariusze i wizje całości. Krok po kroku. Najtrudniejsze jeszcze przed nimi. Trzeba zbudować te historie. Choć i tak wykonały robotę znacznie wykraczającą poza minimum. Są bardzo skupione na robocie, żeby im tylko to Peru nie umknęło, bo zostaną same obrazki :)    Myślę, że zasłużyły na chwilę oddechu…

***

Paulina i Karolina też dobrze sobie radzą z pomocą Jacoba. Widać, że nasz kolega z Kamerunu czuje i tematykę i kamerę.

Dziewczyny w Limie też już zbliżają się do końca nagrań. Rozmawialiśmy o tym co i jak chcą przekazać.  Tę część tworzenia materiałów już w oparciu o konkretny scenariusz trzeba będzie pewnie zrobić w Polsce. Trzeba też z tego co ustaliliśmy dograć kilka rzeczy w Polsce dla pełnego obrazu tematów, którymi zajmują się Paulina i Karolina.

***

Bardzo niedobrze, że cały sprzęt do tego projektu wszyscy dostali tak późno. Chodzi głównie o kamery. Nie może być tak, że ludzie wyjeżdżają robić konkretne rzeczy, a nie znają sprzętu. Wiele technicznych rzeczy muszą uczyć się na miejscu. To generuje trochę problemów, których można by uniknąć. Przydały by się też jednak jakiś komputery. Materiały trzeba przeglądać, selekcjonować, decydować o tym co zostaje a co nie. Ale udaje się szczęśliwie ze wszystkim radzić. Filmy zrzucane na komputery i dysk gdzie popadnie są – ale nie można ich przejrzeć bez kodeków i softu

Zapewne przy kolejnych tego typu projektach nie będzie już takiego problemu.

***

Szkoda, że nie było zajęć z montażu wcześniej. To ułatwia samo ustawianie nagrań i robienie wszystkiego już pod kątem przygotowania edycji nagrywanego materiału.

Z samym dźwiękiem nie ma takiego problemu. To prostsze w produkcji niż materiały wideo. Oczywiście, żeby przekazać obrazy z Peru w radiu, trzeba uruchomić więcej wyobraźni:)

***

O tym wszystkim sobie rozmawiamy, bo to też część pracy – radzenie sobie z różnymi problemami. A poza tym tu na miejscu( i w Limie i Arequipie) wszyscy wszystko bardzo starają się ułatwić i pomóc. To widać i nie da się nie doceniać. Przyjedzie jeszcze pewnie na to czas, ale już teraz dziękuję.

Paseo

Rano miałam obudzić wszystkich i mieliśmy iść na ostatnie śniadanie razem, bo Darek dzisiaj pojechał do Arequipy. ZaspałamLW biegu zjadłam bułkę z jogurtem i wybiegłam z domu. Umówiłam się ze streetworkerem pod domem, później musieliśmy dojść do miejsca spotkania z resztą i dzieciakami.  Na miejscu okazało się, że znajdują się tam także osoby z bario chino. Czekaliśmy na innych wolontariuszy. Gdy tylko pojawiłam się w polu widzenia jedna z młodych mamuś dała mi swoje maleństwo, żebym ją odciążyła. Słodkie, ale chyba dziewczyna nie dba o nią bardzo. Ci z  chino wąchali klej. Przyszło dwóch policjantów, zabrali jednego chłopaka i zaczęli go bić na ulicy. Tak właśnie policja radzi sobie z takimi problemami.

Ja nie wiedziałam co robić, ale nie mogłam nic. Wyglądało to strasznie. Mama tylko zabrała mi dziecko z rąk i pobiegła. Za chwile wrócił chłopak, nie było z nim tak źle…

Nie musiałam czekać długo a dostałam drugie dzieciątko. Ponosiłam chwilę i oddałam mamie. Gdy wszyscy byli już obecni zaczęliśmy znosić jedzenie do autobusu. Przed wyjściem do niego dzieciaki miały rewizję, żeby tylko nie spróbowały zabrać ze sobą terokalu, albo jakiejś marihuany. A propos marihuany dowiedziałam się dzisiaj  wszystkiego o tym towarze w ramach jednego wywiadu.

Czułam się trochę zagubiona, znałam tylko dwóch streetworkerów z dnia wcześniej. Dzieciaki tez nie zwracały na mnie uwagi. I tak było przez pierwsze dwie godziny. Nawiązywałam kontakt  ze streetworkerami.  Później powoli zaczęło się rozkręcać. Jaki ten świat jest mały. Poznałam siostrę Antenora z domu Jacka!! Antenor jest najspokojniejszy i najbardziej ułożony.  Nawet fajnie rozmawiało mi się z nią i takim jej kolegą. Później poprosiłam  o jednego ze streetworkerów o wywiad i jestem z niego bardzo zadowolona. Postanowiłam zacząć nagrywać dzieciaki. Chociaż tak strasznie się bałam, nie spuszczałam mojego plecaka z oczu, bałam się wyciągnąć dyktafon. Nie chciałam ich urazić, było mi po prostu głupio, że przyjechałam z nimi żeby nagrać materiał. Nie do końca tak było, więc nie chciałam żeby tak pomyśleli. Pojechało z nami jednak kilka dzieciaków z bario chino. Starali się bardzo. Wstydzili się trochę, ale chcieli jak najwięcej powiedzieć i bardzo to doceniam. I  od momentu kiedy wyciągnęłam dyktafon – nagrywałam, przynajmniej starałam się, bo nie wszyscy byli chętni do współpracy. Pojechało z nami dużo maluszków z mamusiami, były słodkie. Była tez jedna rodzinka – dziewczyna 19 lat, chłopaka 21 mają już dwójkę dzieci – jeden dwa lata, a drugi kilka miesięcy. Ich dzieciaki były czyste i zadbane, oni sami wyglądali na kochająca się par ę. I bardzo fajnie się z nimi gadało. Ogólnie miałam wielki problem ze zrozumieniem wszystkich tych dzieciaków, musieli mi powtarzać kilka razy.  I ich maluch cały czas się śmiał na mój widokJ Udało mi się porozmawiać z kilkoma osobami- każda mówiła o streetworkerach same dobre rzeczy.  Bardzo miło to słyszeć, wczoraj wieczorem czułam taką okrutną bezsilność.  Niektórzy byli otwarci, inni mniej. Nie chciałam nikogo naciskać.

Około 17.30 zebraliśmy się do domu.  W autobusie zrobiłam jeszcze jeden wywiad ze streetworkerem pracującym na ulicy już 13 lat, co śmieszniejsze – jest ze Szwecji!!I ma żonę PeruwiankęJ

Ja tego nie czuję, ale chyba świadomość tego, ze się jest im potrzebnym i że się jest dla nich jak rodzina może uzależnić od tej pracy. Te dzieciaki po prostu miały pecha, a nie mogą się tak łatwo odbić. Tutaj szkoła kosztuje, dlatego wiedząc, ze nie mają szans na lepszą przyszłość bez szkoły,  jakoś muszą sobie radzić. Oby jak najwięcej z nich dostało szansę, bo szkoda tych wszystkich uzdolnionych ludzi, którzy tak bardzo chcieliby żyć normalnie.

Partnerzy

UETVP KrakówTok FMUniwersytet Człowieka - Ognik
Obrazek
ObrazekKarolina Kołodziej
ObrazekAgata Kurek
ObrazekPaulina Szydłowska
ObrazekEmilia Wojciechowska
ObrazekKasia Dumańska
ObrazekDarek Zalewski
"Publikacja wyraża wyłącznie poglądy autora/autorów i nie może być utożsamiana z oficjalnym stanowiskiem Ministerstwa Spraw Zagranicznych RP."